Studiuję.
Każdy jeden dzień tak podobny do drugiego i jednocześnie tak diametralnie różny - w ciągu 24h szczęście może obrócić się w taki cholerny pech, że od 3 zajęć odkrywasz co masz w swoim zadaniu z II grupy kationów. No trochę smutne.
Trzeba chyba zrezygnować z życia, żeby móc się cieszyć tym życiem. Zbyt dużo na głowie, za mało czasu wolnego. Jedynym chyba plusem jest to, że nie mam kiedy myśleć o prze/przy-szłości.
Uwielbiam swoją organizacje czasu.
Jest beznadziejna.
Nawet jestem z siebie dumna, bo od początku tego koszmarnego czasu nie płakałam. Chyba już naprawdę nie mam łez. Chociaż tak bardzo tęsknię za tym wszystkim, za domem, swoim łóżkiem, przytulaskiem mamy czy mruczeniem moich kociaków. Wracam do domu.
Boże, dlaczego dałeś mi taki dar, a nie inny. Mogłabym być przecież kimś innym, szczęśliwszym.
I wcale mądrość nie byłaby mi potrzebna do egzystowania.
I wszystkie sprawy byłyby proste, zapomniane po pół roku.
"Bo wszystko to iluzją jest i magią..."
Łacina, anata, parazytologia, chemia, angielski, matma. Ciekawy tydzień, nie?
Czy jeśli zrezygnuję z siebie, Ty dasz mi kogoś innego?
A nie, jednak je mam.
